Na początku było słowo „gotyk”

Historia żyrandola dla kościoła pw. Wniebowzięcia NMP w Białymstoku

Wyzwanie

Pewne historie zaczynają się niepozornie. Tak było i tym razem, w lipcu 2024 roku, gdy otrzymaliśmy wiadomość od pani Katarzyny z zaprzyjaźnionej firmy, dotyczące żyrandola do kościoła. Lista wymagań była precyzyjna: średnica blisko dwóch metrów, srebrna, szczotkowana powierzchnia, do kompletu kinkiety. Na pozór – kolejne zlecenie wymagające staranności, ale nie zwiastujące żadnych trudności. Wszystko wydawało się standardowe, aż do jednego sformułowania, które zmieniło reguły gry: „coś w stylu gotyckim”.

W świecie masowej produkcji i nowoczesnego designu, słowo „gotyk” brzmi jak echo z innej epoki. To nie jest stylistyka, którą można po prostu wybrać z katalogu. To rzemiosło, które wymaga wiedzy niemal zapomnianej, precyzji i zrozumienia historycznej formy. Dla nas, w firmie z ponad trzydziestoletnią historią, było to jak wezwanie z przeszłości, na które nie byliśmy pewni, czy potrafimy jeszcze odpowiedzieć. W głowach natychmiast pojawiło się jedno, fundamentalne pytanie: jak? Jak stworzyć coś, co będzie autentyczne i godne tego wyzwania?

W poszukiwaniu zaginionej wiedzy

Pierwsza reakcja

Pierwsza reakcja na „gotycki problem”… Potrzebujemy wsparcia. Odpowiedzi nie można było znaleźć w bieżących projektach ani w prostych szkicach. Rozwiązanie musiało kryć się głębiej. Naturalnym krokiem stał się więc powrót do korzeni – rozmowa z najbardziej doświadczonymi pracownikami i zanurzenie się w firmowym archiwum.

To tam, wśród pożółkłych kart i dawnych realizacji, odnaleziono ślad prowadzący do pracowni pana Andrzeja Lasoka. Mistrza, który od lat był na emeryturze, ale którego nazwisko wciąż kojarzyło się z unikalnymi, historycznymi projektami oświetlenia. To była ryzykowna ścieżka, oparta na wspomnieniu i nadziei. Zapadła decyzja: trzeba spróbować ożywić tę współpracę. Wkrótce padły kluczowe słowa – pan Andrzej, zaintrygowany wyzwaniem, zgodził się pomóc. Zielone światło od mistrza oznaczało, że projekt, który wydawał się niemożliwy, nagle zyskał realną szansę.

Pod okiem mistrza

Dwa pokolenia różnicy

Wkrótce potem pan Andrzej Lasok przekroczył próg naszej pracowni. To, co nastąpiło, nie było zwykłą konsultacją – było sceną jak z rzemieślniczej legendy. Przy jednym stole, nad tym samym ekranem, usiedli dwaj projektanci. Jeden, mistrz z bagażem dekad doświadczenia. Drugi, młodszy o blisko pół wieku, z głową pełną nowoczesnych narzędzi, ale głodny wiedzy, której nie ma w żadnym oprogramowaniu.

Przez cały dzień analizowali stare szkice, omawiali techniki, sekrety idealnego spasowania elementów. W oczach pana Andrzeja lśniła radość – nie tylko z powrotu do pasji, ale z możliwości przekazania dziedzictwa. W rozmowach przyznawał, jak cieszy go, że to rzemiosło, którego strażników jest coraz mniej, nie zostanie zapomniane. Dla naszego projektanta był to dzień, który definiuje karierę. Chłonął techniki, których próżno szukać w internecie. To spotkanie nie tylko uratowało projekt. Dało mu duszę i gwarancję, że powstanie z szacunkiem dla tradycji, której groziło zniknięcie.

Prace projektowe

Wykuwanie historii

Puste mury

Równolegle do prac w naszej pracowni, na skrzynkę wpłynęła wiadomość, która nadała projektowi ostateczny kontekst. Zdjęcia przedstawiały kościół odarty ze wszystkiego – puste, ciche mury czekające na nowe życie. Obok nich znalazł się opis wizji architekta, który był nie tyle specyfikacją, ile manifestem.

Plan zakładał odtworzenie historycznego, niebieskiego sufitu, który odkrył konserwator. Dominującym motywem miało być srebro, nie złoto, by oddać charakter miejsca – kaplicy o historii starszej niż białostocka katedra. Architekt opowiadał o powracającym na ołtarz obrazie Chrystusa, o figurach świętych i o murach, które były kiedyś świadkiem niezłomnego ducha modlących się w tej świątyni wiernych.

W tej jednej chwili nasz projekt nabrał zupełnie innego ciężaru. Zrozumieliśmy, że nie tworzymy tylko lampy do budynku. Naszym zadaniem było stworzenie centralnego punktu dla wnętrza, które jest pieczołowicie odradzane, kawałek po kawałku. Żyrandol miał nie tylko oświetlić przestrzeń – miał stać się częścią tej nowej, wielkiej opowieści.

Rodzina lamp

Projekt harmonijny

Dialog z panią Katarzyną i architektem nabierał tempa. Wysyłaliśmy dziesiątki maili, doprecyzowując każdy detal – od technicznych wymogów montażu po zgodność z wizją konserwatora. W miarę jak projekt nabierał kształtów, rosło też zaufanie. Wkrótce stało się jasne, że jeden, choćby najpiękniejszy żyrandol, to dopiero początek.

Pojawiły się nowe zapytania. Najpierw o większe, bardziej okazałe kinkiety. Potem o subtelne, kute maskownice, które miały ukryć minimalistyczne oświetlenie Drogi Krzyżowej, nadając mu spójny, gotycki charakter. Na koniec przyszła prośba o plafon do wejścia pod chórem – element, który miał witać wchodzących i dyskretnie nawiązywać stylistyką do głównego żyrandola.

W ten sposób jedno zlecenie rozrosło się w kompletną, harmonijną rodzinę opraw oświetleniowych. Każdy nowy element był dowodem na to, że nasza współpraca ewoluowała od relacji wykonawca-zleceniodawca do prawdziwego partnerstwa w tworzeniu czegoś wyjątkowego. Czuliśmy wspólnie, że nie realizujemy zamówienia, lecz piszemy świetlną opowieść dla tego historycznego wnętrza.

Z perspektywy twórcy

Wieki nas ocenią

Tworzenie tych lamp nie przypominało standardowej produkcji. Była to żmudna, ręczna praca, w której liczy się cierpliwość i wiedza przekazywana szeptem. Każdy element, zanim stał się częścią całości, musiał być idealnie spasowany. Sztuka nie polega na tym, by lampę po prostu złożyć. Sztuka polega na tym, by obracając ją zawieszoną na łańcuchu, nie dostrzec żadnego falowania, żadnej niedoskonałości. To harmonia, którą osiąga się za pomocą rąk, oka i narzędzi często stworzonych na potrzeby jednego, konkretnego zadania.

Tworząc takie obiekty, zawsze mamy z tyłu głowy jedną myśl: naszą pracę ocenią nie tylko obecni klienci, ale i przyszłe pokolenia. Być może za sto, a może dwieście lat ktoś spojrzy na ten żyrandol i dostrzeże w nim wartość wartą ocalenia. Odnowi go, tak jak my dziś odnawiamy dzieła dawnych mistrzów. A wtedy, mamy nadzieję, powie: „to jest kawał solidnej, pięknej roboty”. Bo lampa w takim miejscu nie jest produktem. Staje się częścią jego murów, świadkiem modlitw, ciszy i śpiewów. Z czasem wrasta w pamięć tak mocno, że trudno sobie wyobrazić to wnętrze bez niej.